News | Julek S. | Bumerangi | Artykuły | Pierdoły | Galeria | Download | Linki | Kontakt



Jedziemy na Syberię

Początek

Zakupu wiz, biletów, ubezpieczeń trzeba było dokonać około pół roku przed planowanym wyjazdem - roli tej podjęła się Olga, za co należy się jej najwyższe uznanie. Ponieważ ciężar formalności w ogóle mnie nie dotykał, pozostało cierpliwie czekać 23. lipca 2008, czyli dnia wyjazdu...

Naszym oficjalnym powodem było zaćmienie Słońca 1. sierpnia, a celem - Nowosybirsk. Mieliśmy mieszkać w namiotach na terenie kampusu tamtejszego uniwersytetu. Większość problemów bytowych pozostała nierozwiązana - nie całkiem jasnym było gdzie będziemy się myć, kto będzie pilnował namiotów, co będziemy robić całymi dniami... Nieciekawie byłoby wszystko wiedzieć zawczasu - bądźmy podróżnikami, nie turystami!
Oczywiście, ani jednej nocy nie spędziliśmy na terenie kampusu; a gdzieś na pustkowiach Ałtaju okazało się, że higiena jest problemem drugoplanowym, zaś namiotów nie ma przed kim pilnować... ale o tym będzie dalej.

Pakowanie plecaka okazuje się katorgą. Po upchnięciu namiotu, śpiwora, ubrań i dmuchanego materaca (nienawidzę karimat) miejsca już brak, a lista rzeczy niemal w ogóle nie szczupleje. Siłą dopycham kieszonkowy słownik, sprej na komary, kubek, nóż, kilka konserw i niezbędny pakiet artykułów higienicznych. Na nudę "Bieguni" Olgi Tokarczuk (doskonała książka do podróży!), do kieszeni paszport, aparat i trochę dolarów. Domowa waga pokazuje 20 kg - obrzydliwie dużo. Podobno chusteczka zawsze się zmieści; mój plecak jasno dowodzi, że jest to nieprawdą.
Do ręki jeszcze baniak wody - to i tak zbyt mało na 4 dni podróży. Ciężko.

W stanie gotowości czekam, a dni są tym dłuższe im odjazd - bliższy. Smoleń rezygnuje z udziału, pisze mi rozpaczliwego maila. Paskudnie, bo był jedyną osobą z ekipy, którą znałem. Ostatecznie jedzie więc dziewięć osób, sami nieznajomi. Trudno, "nie takie rzeczy się"!

Upragniony dzień wreszcie nadchodzi, plecak bierze mnie ze sobą i jedziemy do Warszawy. Trudno stłumić głos złośliwego pedanta, tkwiący gdzieś w podświadomości i szepczący, że o czymś zapomniałem. Paszport jest - sprawdzam po raz czterdziesty, karta do bankomatu także. W razie czego to wystarczy.

Spotykamy się koło godz. 20. na dworcu centralnym. Okazuje się, że jestem jednym z pierwszych - pełen obaw tłumaczę sobie, że zawsze przychodzę za wcześnie. Niepotrzebnie; powoli zjawiają się inni. Krótkie powitania, Maria, Marek Olga, Łukasz, Milena, Magda, Michał, Piotr. Przed nami 80 godzin na utrwalenie kto jest kim.

Nadjeżdża pociąg. Nigdy wcześniej nie widziałem takich wagonów na naszym dworcu - ciężki transsyberyjski skład zdecydowanie tu nie pasuje. Wsiadamy do środka. Całkiem sympatyczna kierowniczka wagonu rozdaje pościel; od tego momentu czuć, że wszystko przebiega zgodnie z planem!

Miejsca w wagonie klasy kupiennyj są całkiem wygodne. Dostałem łóżko na dole; przy ciągłym, łagodnym kołysaniu można się na nim wyspać. Komfortu ujmuje jedynie brak powietrza, bowiem w wagonie nie otwiera się ani jedno okno. W toaletach można się "po kociemu" umyć w zimnej wodzie - jedyny w pociągu prysznic znajduje się gdzieś w odległym wagonie. Trudno, niecałe cztery dni można wytrzymać w brudzie.
Ubikacje są bezlitośnie zamykane 30 min. przed każdą stacją; dobry zwyczaj, choć chwilami kłopotliwy.


Samowar z wrzątkiem na końcu wagonu. Doskonały pomysł.

Wagon jedzie bezpośrednio do Nowosybirska, więc na dobrą sprawę przez całą drogę nie trzeba się o nic martwić. Jeszcze tylko kontrola graniczna, wypełnianie bzdurnych deklaracji celnych i kart imigracyjnych. Polski celnik defiluje z psem między przedziałami i ogląda paszporty. Celnik białoruski stempluje nasze papiery i od niechcenia ogląda z zewnątrz plecaki. Chwila niepotrzebnych emocji i jesteśmy na Białorusi.


Wagon 'kupiennyj' od środka.

Z okna

W nocy pociąg zmienia podwozie, przystosowując się do (wg legendy na ch**) szerszych, rosyjskich torów. Już nic nie stoi nam na przeszkodzie w drodze do Nowosybirska, bowiem na granicy między Białorusią i Rosją nie odbywają się kontrole. ZBiR, taka parodia UE.

Podróż mija szybko. Komórka przez prawie cały czas ma zasięg, ale prąd trzeba oszczędzać, więc włączam ją tylko na chwile. "Na wschodzie musi być cywilizacja", i faktycznie - jest. Widoki zmieniają się nieznacznie - coś jakbyśmy przez całą drogę krążyli po Polsce. Również granica między Europą a Azją przemyka za oknem niepostrzeżenie.

Pociąg zatrzymuje się na wielu stacjach pośrednich. Zwykle na bardzo krótko, zdarzają się jednak półgodzinne postoje, które stwarzają doskonałą okazję do dokonania zakupów. Głównie jedzenie i zimne piwo po 4zł.


Kobieta handlująca w Siergaczu.


Koszyk handlarza.

Długie postoje stwarzają również okazje do spóźnienia się na własny pociąg. Taka dramatyczna scena ma miejsce w Świerdłowsku, jej bohaterkami są starsze panie, jadące w naszym wagonie. Ciekawe jak sobie poradziły...
Od tego momentu do końca podróży nie oddalam się od pociągu.

Nowosybirsk

Miasto zbudowane z rozmachem. Zadbane, szerokie ulice; japońskie samochody z kierownicą po prawej stronie. Wszystko jest tu fascynujące. Żałuję, że zostaliśmy tylko na jedną noc.


Nowosybirsk, okolice pl. Lenina.


Nowosybirsk, most kolejowy na Obie.


Nowosybirsk, kartonowy dzieciak - genialny sposób na zmniejszenie prędkości na drodze.


Yves Roche, zapisany fonetycznie wygląda bardziej swojsko.


Nowosybirsk, plaża nad Obem. Kto pamięta 'sunbathing' Borata?

Noc w czteroosobowym pokoju w hotelu kosztuje 25 zł od osoby. To niezwykle mało, biorąc pod uwagę, że poza benzyną, kawiorem, wódką i papierosami wszystko jest tu niewiarygodnie drogie.

Nie pamiętam od kogo wyszła inicjatywa, by zaćmienie obejrzeć z gór Ałtaju. Trafiła jednak na podatny grunt i demokratycznie przyjęto że jedziemy do Ongudaja, by stamtąd przejść pieszo 30 km do centrum zaćmienia. Z początku nie jestem przekonany, ale szybko okazuje się, że nie będę żałował podjętej decyzji.

Ałtaj

Pociąg do Bijska jedzie dziewięć godzin, na szczęście po nocy, więc nie trzeba się martwić o miejsce do spania. Tym razem klasa plackartnyj, czyli najtańszy wagon bezprzedziałowy, o przesadnie dużym zaczłowieczeniu na jednostkę powierzchni. Męka kończy się wczesnym rankiem, gdy pociąg dojeżdża do celu. Konduktorka dba, by nikt nie przespał stacji.

W Bijsku biegiem przesiadka na autobus do Górnoałtajska. Bilety pomaga nam kupić pewien milicjant; za jego wstawiennictwem dokonujemy tego poza kolejką. Autobus, nie gorszy od naszych PKS'ów, wywozi nas z tego szarego, przytłaczającego miasta.

Po kilku godzinach jesteśmy w Górnoałtajsku. Atakują nas taksówkarze, nachalnie proponując swoje usługi. Obcokrajowiec jest tu ciekawostką, budzi zainteresowanie u większości skośnookich tubylców. Przydają się podstawy rosyjskiego, by radzić sobie wobec gradu pytań "skąd?" i "po co?", bo po angielsku nikt tu nie rozmawia.
Tu także trzeba zrobić zakupy na dłuższy pobyt w dziczy. Z bólem dociążam swój plecak butelkami wody.


Górnoałtajsk, taksówkarze.

Wsiadamy wreszcie w autobus do Ongudaja. Upał w przeładowanym PKS'ie jest nie do zniesienia. Pocieszają mnie tylko piękne widoki za oknem. To już dziki, pusty kraj. Cudowny.


Kobieta z dzieckiem.

U celu

Do Ongudaja docieramy wieczorem. Puszka paprykarza, krótka kąpiel w lodowatej, górskiej rzeczce i czas ruszać. Trzeba znaleźć miejsce na obozowisko.


Nie wiem co to, ale utrzymane w klimacie industrial.

Namioty rozbijamy na pierwszym lepszym kawałku równego terenu. Noc jest krystalicznie czarna; jeszcze nigdy nie widziałem tylu gwiazd. Niebo z rzadka przecinają Perseidy. Śpi się komfortowo, jest ciepło. I absolutna cisza. Doskonałe miejsce na wczasy, gdyby można było poleżeć brzuchem do góry. Tymczasem do zaćmienia pozostało niewiele czasu, a jesteśmy jeszcze kawał drogi od jego centrum.

Rano wyruszamy z wątłymi zapasami wody. Trzeba dojść do rzeczki, by je uzupełnić. Przezorni wzięli butle gazowe, gotowaną bezpieczniej pić. Utrudnieniem miały też być kleszcze, jednak przez całą podróż nikt z nas żadnego nie spotkał. Nawet komary okazały się łaskawe; Ałtaj nie bronił się przed naszą wizytą.

Jestem jak ślimak - mokry, powolny i noszę dom na plecach. Ałtaj jest przyjazny, ale plecak nie zna litości. Nie jestem przesadnie zadowolony, nie spodziewałem się tak "nomadycznego" modelu wycieczki, ale z drugiej strony - co można robić na pustkowiu, jeśli nie tylko iść?

Po drodze kilkukrotnie spotykamy ludzi, głównie pasterzy. Są przyjaźnie nastawieni, chętnie z nami rozmawiają. Nocujemy na pastwisku jednego z nich.


Tubylec przy drewniano - glinianej chatce.

Przyrodą trudno się nie zachwycić. Jastrzębie kołują nisko nad ziemią, spod nóg uciekają susły i węże. Wszędzie rosną konopie - większość to zwykłe konopie siewne, choć tubylcy twierdzą, że jeśli dobrze poszukać, to znajdzie się także prawdziwy dur, zwany gdzieniegdzie ganją.


Roślina, której nie trzeba przedstawiać.


Słup do wiązania koni.

Po całym dniu marszu docieramy do drogi. Spotkany tam kierowca UAZ'a za 150 rubli (15 zł) od osoby oferuje nam podwiezienie kilkanaście kilometrów. Zgadzamy się, już dość drogi. W samochodzie nie ma miejsca dla dziewięciu osób i dziewięciu wielkich plecaków, ale jakoś musimy się zmieścić. Podróż nie należy do szczególnie przyjemnych, jest ciasno, a słodkawy smród spalin przyprawia o mdłości. Kierowca, prując po wąskiej dróżce na zboczu góry, popija piwko. To normalne, nie ma się czego bać.


Most na rzece Katuń. Kto pamięta Indianę Jonesa?

Na miejscu czeka nas festiwal muzyki elektroniczno - etnicznej. Wspaniała impreza, osadzona na pustkowiu. Niesamowity klimat, piękna oprawa, bardzo przyjaźni ludzie. To wielki błąd, że nie spędziliśmy tam więcej czasu.

Następnego dnia, około godziny 16 lokalnego czasu, zaczyna się zaćmienie. Po godzinie robi się całkowicie ciemno. Przez jakieś dwie minuty delektujemy się tym nieskomplikowanym, ale fascynującym zjawiskiem. Widać gwiazdy, robi się zimno, po horyzoncie biegnie świetlista łuna. Po chwili światło powraca, ludzie biją brawa. To coś, co trzeba zobaczyć.


Festiwal, kilka sekund przed całkowitym zaćmieniem.


Całkowite zaćmienie.

Powrót

Droga powrotna nie jest szczególnie ciekawa. Do trasy nr 52 docieram piechotą, stamtąd do Ongudaja podwozi mnie młody tubylec w starym Subaru. Sam się zatrzymał i zaoferował pomoc, na koniec nie chce nawet pieniędzy. Mówi że jego dziadek był Polakiem.
Później zatłoczony PKS do Górnoałtajska, stamtąd PKS do Bijska. W Bijsku czekamy kilka godzin na pociąg, więc w strugach deszczu wybieram się na lokalny bazar. Nie znajduję nic ciekawego. Na dworcu wstępuję do kanjpki Blinnaja na blina z kawiorem. Ten przysmak rosyjskiej kuchni kosztuje 150 rubli i smakuje jak naleśnik z kawiorem, ale spróbować trzeba było.

Nocujemy w pociągu Bijsk-Nowosybirsk. Znowu plackartnyj, więc kiepska to rozrywka. Następnego dnia pociąg do Brześcia na Białorusi. Do domu wracają: Magda, Michał, Piotr i ja; trochę żal, ale wystarczy na pierwszy raz. Pozostali jadą nad Bajkał.

W pociągu powrotnym czas mija wolno. Denerwują mnie baby ze złotymi zębami i Biełyje Rozy bijące z głośników. Gdy wreszcie docieram do Brześcia czuję się prawie jak w domu. Kupuję bilety do Terespola po ok. 5000 rubli białoruskich, czyli 5 zł. Jeszcze tylko pogadanka z celnikami ("skąd?", "po co?") i po chwili stoimy na polskiej ziemi. Dalej już prosto: pociąg do Łukowa, tam przesiadka do Warszawy; mija jak z bicza strzelił.

Na dworcu centralnym jestem koło północy. Krótkie rozstanie, i idę na kebab, bo od dawna nie jadłem nic konkretnego. Przy stoliku obok, także z kebabem w dłoni, siedzi bezdomny z wielkim plecakiem. Zmierzywszy mnie wzorkiem, zagaduje:
- Wiesz gdzie jest dom?
- Gdzie? - pytam nieufnie.
- Dom jest tam gdzie ty.

Może go nie zrozumiałem, może to jednak ma jakiś sens.





Kontakt | Linki | Download | Galeria | Pierdoły | Artykuły | Bumerangi | Julek S. | News



Najlepiej oglądać w rozdzielczości 1024x700+coś lub większej, na komputerze wyposażonym w internet.