News | Julek S. | Bumerangi | Artykuły | Pierdoły | Galeria | Download | Linki | Kontakt



Robimy gitarę elektryczną

Pomysł

Pomysł ulągł się spontanicznie, w wakacje'06. Miałem (i nadal mam) gitarę klasyczną, na której chętnie gram, ale marzyłem wówczas o prawdziwej gitarze elektrycznej. I o prawdziwym wyzwaniu, bo nienawidzę nudy.


Ostateczny efekt. Mój triumf nad deską.

Próbowałem grać na zniszczonym Everplay'u niejakiego Stefana, ale bardzo źle to wypadało. Niski sygnał na wyjściu, łatwościeralne progi, zardzewiałe klucze; nierówny, pęknięty gryf. Jednak uczucie grania na elektryku (zwłaszcza z efektem ciężkiego distortion) było mimo to wspaniałe. Decyzja o budowie własnej gitary nieuchronnie zapadała.

Zacząłem czytać. W internecie jest mnóstwo lutniczych stron, zwłaszcza anglojęzycznych. Ich autorzy ochoczo pokazują swoje technologie, ale trudno je przenieść na domowe warunki. Trzeba uważnie oglądać obrazki, czytać między słowami, porównywać różne strony. Trzeba rozkręcać wzrokiem każdą gitarę, która przejdzie Ci przez ręce. I oczywiście filtrować wszystko przez zdrowy rozsądek, bo w lutniczym fachu jest mnóstwo "czarów".

Szybko okazało się, że w Polsce bardzo trudno kupić materiały na gitarę. Sklepy internetowe żądają absurdalnych sum pieniędzy za niewiadomej jakości klucze, mostki i elektronikę. Progów w ogóle nie można kupić. W Ameryce - to co innego; tam zrobić gitarę to jak poskładać klocki Lego. Do każdej przesyłki trzeba jednak doliczyć 100$ za paczkę FedEx. Cały budżet projektu.
Nic nie szkodzi, nie ma pośpiechu, w międzyczasie coś się wymyśli.

"Lepiej kup" - słyszałem to kilkanaście razy od różnych niezwiązanych ze sobą osób - "taniej wyjdzie i przynajmniej będzie grać, no chyba że chcesz się pobawić". Mieli trochę racji. Gitara wycięta w Chinach obrabiarką cyfrową na pewno będzie lepiej wykonana, choć może z gorszych materiałów. Kupiona w komisie może być nawet tania. Człowieka owładniętego marzeniem takie brednie zwykle nie przekonują.

Pierwsze trociny

W pierwszej kolejności: drewno. Czytam, że szyjka musi być z klonu, jesionu lub mahoniu. Jakiś amerykański warchoł twierdzi, że sosna też się nadaje, za co zbiera joby od fachowców. Korpus z olchy, sezonowanej przez kilkanaście lat, choć tu mamy większą dowolność. Podstrunnica koniecznie z twardego drewna egzotycznego. Jakoś trudno mi w to wszystko uwierzyć. Przecież gitara elektryczna to deska z naciągniętymi drutami. Ważne żeby była wytrzymała (by kompensować naciąg strun) i solidna (by dźwięk nie gasł za szybko). Podstrunnica - OK, nie może się za szybko zużywać i ustępować pod naciskiem palców. Resztę uważam za zaklinanie. Ściana z drutami rozpiętymi na gwoździach to też gitara elektryczna.

Dzwonię do hurtowni na Elewatorskiej w Białymstoku, mają dużo dobrego drewna. Każdy rodzaj o jaki pytam. Zapamiętuję w pośpiechu tabelkę z danymi o wytrzymałości różnych gatunków. Na miejscu pytam o jakieś twarde, sprężyste drewno. Sprzedawca mówi, że mają dobrą deskę z grabu, taki wymiar jak chcę. Grab, grab... przypominam sobie, po angielsku hornbeam; twardy, ciężki i wytrzymały. Nadaje się. Za 35 zł mam wysokiej jakości materiał na dwie gitary.

Decyduję się na konstrukcję Neck-thru-Body, czyli gryf i korpus to jedna część. Bardziej wytrzymała od konstrukcji skręcanych (Bolt-on), ponadto prostsza w realizacji. Szablon rysuję na brystolu, precyzyjnie wykreślam prosty gryf. Korpus rysuję od ręki, puściwszy wodze fantazji wokół serii GVK firmy Halo Guitars.

Szyjka jest szersza niż normalnie, lubię "klasyczny" rozstaw strun. Menzurę szacuję na 650 mm, to będzie mała gitarka. Niestety, na szerokość nie mieści się w desce. Trudno - wytnę w trzech kawałkach. Całość z zapasem wyrysowuję na drewnie (łatwiej kijek pocienkować, niż go potem pogrubasić).

Wycinam. Wyrzynarka Kinzo płacze, palą się tanie brzeszczoty. Ostrze posuwa się wolno, ale równomiernie. W pewnym momencie z maszyny dobiega potężny trzask, łamie się brzeszczot. To tylko objaw poważniejszego schorzenia: pękniętego wrzeciona, które okazało się być wykonane z aluminium. Wyrzynarka na śmieci, pieprzona chinina.

Pożyczam malutką wyrzynarkę Black&Decker. Tnie jak marzenie, po pół godziny wszystko jest gotowe.


Pierwszy etap. Cała część nośna wykonana z jednego kawałka drewna.

Bardzo żałuję, że nie robiłem na bieżąco zdjęć. Byłby to fantastyczny materiał, zwłaszcza, że po drodze powstawały proste i oryginalne rozwiązania techniczne, które warto zapamiętać. To nie sztuka zrobić dziś coś dużego; sztuka to zrobić coś dużego małymi środkami.

Teraz czas na najtrudniejszy (jak się okazało) etap, czyli obróbkę drewna. Trzeba wyfrezować gryf na pożądaną grubość (obecnie ma grubość deski, czyli 35 mm), wyrzeźbić pochyłą główkę i nadać nieco "ogłady" korpusowi. Tylko jak to zrobić bez frezarki? Próbuję wiertarką z końcówką a'la pilnik zdzierak, lecz drewno jest o wiele za twarde. Nie tędy droga.
W desperacji sięgam po metody naszych przodków, czyli zestaw dłut i młotek.


Pochylona główka wydaje mi się bardziej naturalnym rozwiązaniem niż "obniżona".

Dłuto sprawnie wybiera bezkształtne kawałki grabowego drewna. Trzeba uważać, bo jeden niewprawny ruch może zamienić upragnioną gitarę w opał do kominka. Po dwóch tygodniach codziennego, wielogodzinnego stukania gryf przyjmuje zamierzony kształt. Jeszcze kilka dni z papierem ściernym i powierzchnie stają się równe. Teraz już dobrze wiem, że nie ma mowy o montażu pręta napinającego - to niewykonalne w domowych warunkach w drewnie tej klasy. Zresztą, ten element zawsze wydawał mi się wątpliwy. Zobaczymy, może bez niego też zagra.

Więcej trocin

Czas pomyśleć o podstrunnicy. Jadę do Leroy Merlin obejrzeć panele podłogowe z egzotycznego drewna. Pośród morza MDF'owej tandety znajduję panele z dębu, buku, a nawet z nieznanych mi egzotycznych drzew. Pasują na wymiar, właściwie to gotowe podstrunnice! Patrzę na cenę: od 100zł za całą paczkę... po długim namyśle rezygnuję, bo to tak jakby za niemałe pieniądze kupić skrzynkę piwa i wypić tylko jedno.
Znowu trzeba będzie uprawiać dziadostwo.

Planem B w kwestii podstrunnicy był laminat z włókna szklanego. Wytrzymały, sprężysty, łatwy w obróbce. Drewnianą formę z przygotowanym kształtem zalewam żywicą epoksydową. Wychodzi krzywo, więc przecieram papierem ściernym i zalewam kolejny raz. Operację powtarzam jeszcze kilkukrotnie. Do żywicy dodaję odrobiny pyłu węglowego, żeby czernią zamaskować różowy kolor utwardzacza. Gdy trapezowaty kształt jest zgrubnie poprawny, szlifuję mokrym papierem ściernym, zwiększając jego gradacje, aż osiągam powierzchnię równą jak stół. Jeszcze jeden dzień polerowania pastą do zębów i w podstrunnicy można się przeglądać. Efekt przerasta moje najśmielsze oczekiwania.


Płaska, równa, choć już trochę brudna, podstrunnica. Doskonale spełnia swoją rolę.

Gdy podstrunnica jest gotowa, pora pomyśleć o progach. Efekty wielogodzinnych poszukiwań w internecie są bardzo marne. Ceny w zachodnich sklepach - oszałamiające. Znajduję producenta drutu progowego na Białorusi, nawet nawiązuję kontakt, ale ostateczne rozwiązanie znajduje się bliżej niż przypuszczałem - ktoś wystawia progi na Allegro. Bez namysłu wydaję 20 zł. Przy okazji kupuję kryte klucze (maszynki) za 49 zł. Ich też nie da się zrobić samemu.

Montaż progów przebiega dość bezboleśnie, choć to bardzo delikatna operacja. Suwmiarką wymierzam odległości, obliczone odpowiednim skryptem. Montuję próg zerowy, bo dzięki niemu konstrukcja jest prostsza i brzmienie pustych strun - czystsze. Wgłębienia nacinam cienką modelarską piłką. Progi słabo trzymają się na wcisk, więc dla pewności wklejam je klejem epoksydowym. Następnie podstrunnicę przyciskam progami do stołu aż klej zastygnie.
Efekt jest zadowalający - progi leżą równo. Submilimetrowe dokładności podawane w internecie są całkowicie nieosiągalne, przypuszczam zresztą (choć tego nie przeliczyłem), że błędy wynikające z dokładności suwmiarki są prawie niesłyszalne.
Progi przecieram na koniec delikatnym papierem ściernym i profiluję je na brzegach podstrunnicy. Metalowa linijka pokazuje że leżą na równej wysokości. Szczęśliwie, nie muszę ich szlifować.

Przetworniki (pickupy) łatwo kupić. Niestety, nigdzie nie mogę znaleźć dokumentacji o ich rozmiarach, długościach kabelków i sposobach montażu, co czyni je bezwartościowymi. To nic, emaliowany drut, zamówiony na Allegro, już przyszedł. Do tego magnesy neodymowe od firmy Enes. Decyduję się na układ S+H, więc potrzebuję tylko trzech przetworników; dlatego też drut nawijam ręcznie. Po kilku pracowitych dniach i ok. 36000 zwojów przetworniki są gotowe do kąpieli w wosku. Zwojów jest bardzo dużo, bo chcę mieć mocne brzmienie. Muszę jeszcze zaekranować Single Coil'a folią aluminiową, bo ponoć mocno szumi.


Przetworniki. Potężniejsze niż jakiekolwiek dostępne w handlu.

Nadchodzi wreszcie czas, gdy drewniane części trzeba złączyć w całość. Wiercę kanały na kable, gniazdo i wnęki na przetworniki - po sklejeniu nie będzie to możliwe. Miejsca złączeń obficie smaruję szpachlówką epoksydową i składam wiosło do kupy. W przygotowane otwory wkręcam jedenastocentymetrowe wkręty. Miało być solidnie.
Po wyschnięciu całość wyrówuję papierem ściernym. Wygląda jak gitara!


Łebki wkrętów nieco wystają. Mój błąd.

Pora przykleić podstrunnicę do gryfu. Przebiega to całkiem sprawnie. Ma być solidnie, więc nakładam obficie kleju epoksydowego i potężnie ściskam na dwie doby. Trzyma się jakby była tam od zawsze.

Potrzebny jest też mostek. Nie kupuję gotowego, bo sklepy internetowe znowu nie opisują oferowanych wyrobów. Swój własny robię z włókna szklanego i miedzianej blaszki. Musi wytrzymać kilkadziesiąt kilogramów, więc przyklejam go do korpusu i przykęcam "na zabój" pięcioma wkrętami.


Glassfibrowy mostek, uziemiony poprzez drut biegnący w korpusie.

Finał

Malowanie długo nie daje mi spokoju. Połysk czy mat? Akryl, politura czy sprej? Jak to się w ogóle robi? Tylko koloru jestem pewien: oczywiście czarny. Po przeczytaniu kilku topic'ów o malowaniu kolumn głośnikowych decyduję się na połysk. To mój największy błąd w całym procesie produkcji.
Na początku maluję gitarę akrylem, po wyschnięciu ścieram na mokro, maluję i znowu ścieram. Po kilkunastu takich zabiegach pory drewna są ładnie zatkane, a jego powierzchnia - pięknie gładka. Potem czarny sprej i przezroczysty lakier. Efekt jest średnio elegancki: istnieją miejsca o wysokim połysku, ale na zdjęciach widać zacieki, nierówności i śmieci. Trudno.


Widać niedoskonałości malowania na połysk.

Montaż przetworników, elektroniki (potencjometr + przełącznik dwupozycyjny) i kluczy to już małe piwo. Improwizuję jakiś podstawek i siodełko, zakładam struny. Nie ma czasu na ustawianie menzury i precyzyjne strojenie. Ważne że gra!


Elektronikę ukrywam pod drewnianą klapką. Gniazdo dobrze siedzi w przygotowanym otworze.

Posłowie

W tym zuchwałym przedsięwzięciu udział wzięła tylko wyrzynarka i wiertarka ręczna. Każdego dnia ubolewałem jednak nad brakiem wiertarki stołowej z przesuwnym stolikiem. Jeśli będę robił następną gitarę, na pewno wypożyczę to niezbędne narzędzie. Cierpliwości już się nauczyłem (od początku do pierwszych dźwięków minęło ok. pół roku!).

Z perspektywy czasu widzę też, że pręt napinający nie był potrzebny. Przez prawie dwa lata (piszę to w sierpniu'08, nie mylić z sierpniem'80) gryf nie wyboczył się o ani jeden milimetr!

Chcesz zrobić/zrobiłeś amatorsko własny instrument? Bardzo chętnie poznam Twoje rozwiązania i podzielę się swoimi. Powyższy tekst to tylko krótki reportaż, w rzeczywistości w słowach "wkręciłem", "wyciąłem", "wywierciłem" kryją się długie godziny pomiarów, czytania, zastanawiania i wahań.

I ostrzegam, to uzależnia. Teraz marzę o konstrukcji z pudłem rezonansowym...





Kontakt | Linki | Download | Galeria | Pierdoły | Artykuły | Bumerangi | Julek S. | News



Najlepiej oglądać w rozdzielczości 1024x700+coś lub większej, na komputerze wyposażonym w internet.